28 kwietnia 2009
Opowiastka O Tym, Jak Popierdoliło Pewnego Anioła Stróża
Działo się to Roku Pańskiego 2008. Lipiec.
Jadę ja sobie samochodem. Dzwoni komórka. Odbieram. Głos AHowca słyszę: ” Sprawa nagła”.
Parkuję i idę na AHowską kawę.
Siedzi przede mną dorosły facet, pracujący. Na oko – normalny. Od sześciu miesięcy chodzi na mitingi. Chodzi i gra. Normalne.
Skupiam się i słyszę:
-słuchaj, spotkałem swojego Anioła Stóża – tak mi się przedstawiła jedna kobieta. I powiedziała, ze będziemy w kółko jeździć wkoło miejsca, gdzie ja gram. Za każdym okrążeniem, jeśli się nie skuszę i nie zagram, pojedziemy kupić dla mnie batonika – nagrodę a jej dam na końcu – dzień w dzień – sto złotych. I tak będziemy jeździć codziennie aż do dnia jak już nie będę chciał grać. Mitingi pierdolę, bo nic mi nie dają.
Przyznam, że mnie zamurowało.
Pierwsza moja myśl – zasada w AH jest taka, ze nie wolno zbliżać się do miejsc, gdzie się obstawiało.
Druga moja myśl – popierdoliło facetowi Anioła Stróża. Oraz jego samego.
Pytam:
-kiedy zaczynacie tą anielską terapię?
-Od jutra. Jesteśmy umówieni na 17-tą.
Następnego dnia był czwartek – miting o 18-tej. Trochę liczyłam, że się gościu opamięta i przyjdzie. Ale skąd. Przepadł jak kamfora.
Zjawił się po trzech tygodniach.
I mówi mi:
– Jak już się zbliżała ta godzina 17-ta, to się tak przestraszyłem, że ta anielska metoda zadziała, że poszedłem zagrać. I olałem mojego Anioła Stróża. A potem to się okazało, że to była dziewczyna mojego kumpla i stąd znała różne moje tajemnice. Czyli, że wcale nie była zesłana z nieba tylko blefowała i dlatego mnie nabrała, na to, że jest tym Aniołem Stróżem. To, co zaoszczędziłem na tych batonikach i dawaniu jej codziennie stówy – przegrałem na automatach. A nawet pięć razy tyle. Jednak dalej popróbuję tych mitingów.
Przestał grać kilka miesięcy później – bo z tego chodzenia na mitingi w końcu zaskoczył w Program.
Mam nadzieje, że ta opowiastka tłumaczy, dlaczego ja mam kolejne wakacje. Bo takich kaw i opowieści przerobiłam całe mnóstwo. Strasznie się kiedyś tym przejmowałam.
Bo z pozycji osoby, która TAM BYŁA, krew mnie zalewała na różne eksperymenty zdrowotne. A ile nerwów traciłam – to tylko ja wiem.
Ten facet miał szczęście, że się w porę „opamiętał” – czyli poszedł sobie zagrać – ot taki paradoks.
Ale ilu jest takich, którzy dostają się w łapy różnych oszołomów, którzy „oduczają” ich grać? Często oszołomów, którzy są certyfikowanymi terapeutami uzależnień…Eh…
Natomiast z begonią w doniczce, na moim balkonie, wiadomo od razu – podlejesz – rośnie.
Iwona-Isia