Materiał chroniony prawem autorskim
Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info 2007-11-18, 06:41 (razem z
Migawki z Życia Hazardzisty https://hazardzisci.info/?page_id=123 )
KANTOR
Się mi takie coś przypomniało, no to jadę z opowieścią…
Bywało czasem tak, że człowiek utyrał się jak pojebany za tzw granicą i cenne dewizy do kraju przywiózł. I myślał, że porządzi.
Bo były kiedyś takie czasy , że jak się miało sto dolców, to się człowiek pytał, ile Kraków kosztuje.
No i owszem na kupno Krakowa to by i mogło starczyć, ale jeśli chodzi o hazard, to takie sto dolców, to była kropla w morzu potrzeb.
Wchodziło się, dajmy na to, do takiego kasyna i po kilku obrotach rulety pieniądze zmieniały właściciela. Albo po kilku rozdaniach kart. Różnie bywało.
Ale figiel polegał na tym, że czasy grania dolarowego szybciutko się skończyły i zaczęło się na polskie zety.
I wtedy to się dopiero zaczęły transfery.
Człowiek szedł sobie zagrać i myślał:
– no! stówka papieru starczy.
Bo to było dajmy na to trzysta zlotych. Sprzedane za dnia. A zarabiało się 500 miesięcznie.
Nie starczało.
Wiadomo.
Co wtedy?
Jak był gracz nadpity, to taxi. A jak nie, to w wóz i gaz do dechy. I do chałpy znaczy się do skarpety konkretnie – po kolejną stówkę. Papieru. No tak, ale to trzeba jeszcze było sprzedać. I tutaj kłaniały się w pas tzw kantory przyhotelowe. Całodobowe.
Jak oni nas rżnęli ! Nocą ! Kiedy „normalne „kantory” były pozamykane. Jak dziwki nas rżnęli! Na cacy! UF !
Powiedzmy dolar kosztował 3 złote a oni kupowali po 1 złoty.
Czyli już na wejściu było w plecy dwa złote na jednym papierze.
Czyli za 1000 dolców to było 2000 złotych straty na wejściu.
Plus cała reszta. Z wygraną włącznie. Czytaj – Przegraną. W ostatecznym rozrachunku…
Ale każdy, w momencie, jak sprzedawał walutę i klął siarczyście, i wyzywał tych w kantorze od złodziei,
to w tym obłędzie, w tym cugu gry, w tym ciągu, w tym amoku, w tym stanie upicia się hazardem, w tym szale, w tym zawirowaniu umysłu, w tym stanie zamroczenia duszy wyszarpywanej diabelską ręką z umęczonego ciała,
to myślał tak:
-e, co tam, odegra się. Na rozruch musi być. Na odegranie…Szansę sobie trzeba dać…
Dzisiaj, kiedy oglądam się za siebie i to wszystko sobie przypominam, tą filozofię hazardu, ten obłęd, tą obsesję, ten sposób myślenia, to łapię się za głowę i podśpiewuję tak:
Ore ore szabadabada amore, Hej amore szabadabada O muriaty, o szogriaty Hajda trojka na mienia. ..
Bo inaczej to by się pochlastać przyszło. Z tych wspomnień.
A co tam…
Co było a nie jest nie liczy się w rejestr…
szabadabada amore…
Iwona – Isia
Opowiadanko to dedykuję tym wszystkim, którzy jeszcze grają…
Żeby pomyśleli, że są tacy, co już to przerobili…
I żeby nie myśleli przypadkiem, że są tacy oryginalni…Oraz unikatowi…
PS A teraz wszyscy razem http://209.85.135.104/sea…clnk&cd=2&gl=pl
olee!
Słownik:
„Hajda trojka na mienia. ..” – trojka – kasyno, lichwiarze i kantory- wiecie co „Trojka” ? Pucio, pucio…