wyścigi konne…

Materiał chroniony prawem autorskim 

Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info  2006-10-20, 22:14

 

Witam bukmacherów – koniarzy Wiadomości z padoków raczej nie napawają optymizmem. Wystarczy uważnie czytać gazety: Joey Chance Rollins trafił do szpitala z groźnymi obrażeniami po wypadku na torze Bay Meadows. Szesnastoletniemu dżokejowi Johnowi Radosevichowi głowę zgniotło końskie kopyto, a poturbowany przez konia Brytyjczyk Tom Halliday umarł z powodu obrażeń wewnętrznych. Badania, które specjaliści z „The Journal of the American Medical Association” przeprowadzili wśród amerykańskich dżokejów, wskazały, że w grupie 706 zawodników w ciągu tylko jednego roku zanotowano aż 1700 wypadków. Tak było przed kilkoma laty. Teraz wcale nie jest lepiej. Kolejny raport z roku 1996 był jeszcze gorszy – w ciągu 3 lat wydarzyło się ogółem aż 6,5 tysiąca wypadków.
Znacznie dokładniejsze (choć również nieco przeterminowane) są badania prowadzone w Wielkiej Brytanii w latach 1996– –1998. Tamtejszy „Jockey Club” przesłuchał w tym celu kilkuset dżokejów. Wnioski były zatrważające: dżokeje giną jak muchy. Wypadki zanotowano aż w 50 tysiącach z 223 tysięcy wszystkich startów. Najwięcej groźnych kraks wydarzyło się na torach porośniętych trawą. – Ale to nie ma znaczenia, gdzie się ścigasz – twierdzi Edward Gillespie z toru w Cheltenham. – Wypadki były, są i będą zawsze. Dlaczego giną dżokeje? Z powodu prędkości, błędów, nieopanowania konia, a także… zbyt lekkiego ubioru. Delikatny kask i iluzoryczna osłona piersi nie wystarczają, żeby uchronić przed skutkami wypadku. Nikt nie chce zakładać czegoś grubszego i mocniejszego. – Nikt, kto się w tym biznesie liczy, nie będzie zakładał na siebie ani grama więcej niż trzeba – docina anonimowy spec od konnego ścigania. Im mniej ważysz, tym szybciej jedziesz! Pozycja w wyścigu daje punkty i pozwala wygrywać hazardzistom. W biznesie, w którym Japończycy i Amerykanie topią corocznie 23 miliardy dolarów, trudno o sentymenty. Dlatego bardzo łatwo zrozumieć poświęcenie Randy’ego Romero, który trafił do szpitala z powodu… poparzeń. Dżokej wysmarował się spirytusem, bo ktoś mu doradził, że alkohol pomoże w zrzuceniu zbędnych gramów. Potem, całkiem przypadkowo, spirytus zapalił się. Efekt – rozległe oparzenia drugiego stopnia i siedem miesięcy spędzonych w szpitalnym łóżku. Głupota Amerykanów? Niekoniecznie. Gra wymaga poświęceń, bo idzie o najwyższą stawkę…”

a teraz to przepiszę:

„…Co roku na Wyspach ginie 365 koni wyscigowych – alarmuje „Animal Aid’. Znacząca większość traci życie podczas zawodów,pozostałe sa zakatowywane i zabijane przez właścicieli.
Konie gina w wypadkach na przeszkodach, łamia nogi i kregosłupy, z wysiłku umierają na zawał serca, pekają im tętnice w nogach.Potem kończą zywot na murawie, zastrzelone, a w oficjalnych dokumentach pojawia sie wyjatkowo dwuznaczny opis;<destryed>(rozwalone).Specjalny pistolet, który pozwala „usuwać” konie strzela niemal bezgłośnie. Tłumik jest tak skuteczny, że widzowie na trybunach nic nie usłyszą i nie zauważa chwili, kiedy koń umiera…”

Zainteresowanych dalszą cześcią odsyłam do Focusa, wrzesień 2006

 

 

Isia