Źródełko

Tak jak woda na pustyni ratuje życie spragnionym wędrowcom, tak dopływ gotóweczki dla życia hazardzisty jest jak akcja reanimacyjna. Ba, można by powiedzieć, że kasiora jest totalnie, absolutnie niezbędna, by bić mogło hazardowe serduszko. O różnej ja to kasie, przerąbywanej w kasynach i klubach, przez te moje 15 lat mego hazardowego życia słyszałam.
I zaprawdę, powiadam wam, widziałam niejedno.

Wypłaty, pensje się nie liczą w tej opowiastce, bo to był standard.

Zasiłki pogrzebowe, alimenty tez się nie liczą- to była norma.

Renty, emerytury – też sprawy duperelne.

Ale przyznaję, że czasem ruleta łykała coś naprawdę niezwykłego.

Jak choćby odszkodowanie za obóz koncentracyjny rodziców jednego z Hazardzistów.
Cztery lata pobytu w Auschwitz-Birkenau poszło się pierdolić w jakąś niecałą godzinę…

A czemu o tym piszę.
Bo do końca życia nie zapomnę, jak niejaki „Żabulec” , nawalony z rozpaczy, płakał mi na ramieniu i kwilił jak dziecię niewinne:

-Isia, kurwa mać, wymyśliłem sobie, że jak kasą za mamusię będę obstawiał czerwone a tatusiem czarne, to mi dobrze pójdzie. Kurwa, w godzinę poszło się tyle kasy jebać. W niecałą godzinę…

Ponieważ swiat hazardu, momentami trudno nawet było nazwać światem absurdu a już życie w nim przechodziło wszelkie pojęcie, więc uzmysłowię wam, czego „Żabulec” żałował najbardziej.
Nie tego, że przerąbał obozową kasę. Tylko, że tak krótko za nią grał!

Powiecie makabra?
I owszem. Makabra.
Ale tak, niestety ta podstępna choroba –kompulsywny hazard wygląda.
Najpierw przesuwa granice. Moralności, zdrowego rozsądku. Przyzwoitości.
A potem? A potem już nie ma żadnych granic…

Iwona-Isia

Dopisuję: Choroby- kompulsywny hazard nie widać. No, do jakiegoś momentu.
„Żabulec” był szanowanym powszechnie profesorem w jednym z niemniej szanowanych, ba, szacownych liceów krakowskich.
Jest teraz w Stanach, więc mi w zęby tak prędko nie da za tą -o nim- opowiastkę…
Eh…