ZIARNO

Materiał chroniony prawem autorskim

Wysłany: 2007-05-18, 07:13

ZIARNO  

Gadałam kilka dni temu z jedną hazardzistką o hazardzie jako chorobie. O etapach, o postępach, o rozwoju choroby.
O cierpieniu i o różnych sztuczkach, jakie się robi ,gdy się gra. Czyli o systemie iluzji i zaprzeczenia.
I ona opowiedziała mi nagle taka oto historię…

Kraków jak to Kraków pełen jest kościołów. Są wszędzie a nie tylko jak w piosence Grzesia Turnaua „to tu, to tam”. No normalnie wszędzie.
No a już w centrum miasta to można by powiedzieć – tylko restauracyjki i kościoły.
Słowem: do wyboru,do koloru.
No i chodziłam ja na piwko na Ryneczek po kilka razy tą samą ulicą i codziennie mijałam dwójkę żebraków pod kościołem Ojciec i syn. Syn na wózku. Obraz nędzy i rozpaczy. I żal mnie za serce chwytał i zawsze im tą piątkę dałam.
No i to piwko jakoś tak szlachetniej mi się żłopało.
No a potem przestałam to piwko chlup, chlup tylko zaczęłam grać na automatach. Po pół roku straciłam wszystkie oszczędności mojego życia, no a po kolejnym pół byłam już totalnie zakręcona. Kredyt gonił kredyt, mnie lichwiarze, słowem -katastrofa.
Wstyd mnie było, więc sobie znalazłam bar za miastem i non stop w tym barze. A tam sześć automatów. I ja – matka rodziny, dzieci, wnuki itede
No i któregoś dnia wchodzę tam a przy mojej ukochanej maszynie siedzi facet. Gęba znajoma. No to myślę i lokalizuję.
Może znam z teatru? Albo z wernisażu jakiegoś? Bo wiem, że już kiedyś z nim gadałam. Facet elegancki, przystojny. Gra jak oszalały.
Patrzę ja obok i myślę- zwariowałam.
Bo ten przy automacie obok też mi dziwnie znajomy.
No to ja sobie myślę tak:
-moja ulubiona maszyna –zajęta. Głupio grać, bo to może jacyś znajomi męża z imienin albo co. Co robić?
No więc siadam przy stoliku, kawkę piję, przyglądam im się cały czas i nagle olśnienie:
-no to przecież ci żebracy spod kościoła.
Zmyliło mnie to, że ten młodszy, niby syn tego starszego jest bez wózka i na własnych nogach!!!
Ale sie wściekłam. Nie dość, że na „moim” automacie, to jeszcze za moje pieniądze, dranie grają. I nie muszą latać rozmieniać, bo pięciozłotówek mają od cholery. Z tej żebraniny.

Ale się na nich udarłam… Oj, jak szybko uciekali…

I nagle, stało się coś niebywałego. Znajoma hazardzistka nagle zamilkła…
Popatrzyła na mnie i powiedziała:
-dobry Boże, przecież oni są tak samo chorzy na hazard jak ja…

PS opowiadam to, co powyżej z wielkim wzruszeniem…
Bo Andrzej aha, często ,gdy wątpiłam mówił do mnie:
– zobaczysz, zakiełkuje…
I zaczęło…

Iwona-Isia