SUITA O SRACZOWYM KLUCZU

Materiał chroniony prawem autorskim

 

Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info Wysłany: 2007-02-06, 13:41

 

SUITA O SRACZOWYM KLUCZU

 

Salon Gier w krakowskim hotelu Cracovia miał zaletę i wadę.
Zaletę, bo wchodziło się do niego z boku i człowiek czuł się pewnie, że go nikt ze znajomych nie zobaczy czytaj nie nakryje.
Oraz wadę. I nie chodzi o to, że potknąć się można było o strzykawki ,którymi młodociani narkomani robili sobie, za wielkimi , brązowymi, odgradzającymi nas- hazardzistów od świata nie-hazardzistów, kotarami – zastrzyki. W antraktach gry. E, co tam…Tą wadą był sracz. Bo schodzić do niego trzeba było do podziemia.
Czujecie to?
„Random” jest, automat daje co chwilę, albo zastój, bo nic nie daje a tu człowiekowi lać się chce. A przecież ‘się’ gra.
Adrealina mało nosem nie wyskoczy a tu lać się chce.
No kurwa, jak zwykłemu człowiekowi- lać się chce.
I niby nic niezwykłego w tej zdawałoby się prostej czynności fizjologicznej nie ma.
Jak to nie ma?
Jest! Bo przerwę w grze człowiek robi. I czas na to lanie marnuje. Szlag by to trafił!
A tu trzeba do tego sracza jeszcze dyrdać po schodach w dół. Załatwić czynność zwaną laniem i znowu dyrdać pod górę. A czas biegnie!
A ona w tym czasie , ona znaczy się maszyna, mogła dać. Albo ją kto przez nieuwagę mógł podsiąść. Zagrać „na lewo” raczej by się nikt nie ważył, bo każdy wiedział, że dotknięcie cudzej maszyny groziło śmiercią. No, potężną awanturą. To rzecz pewna.

No i któregoś dnia, w tym strachu, irytacji, gniewie, podkurwieniu, JA- ISIA- JEDNA –WIELKA-ADREALINA zbiegam ci do tego sracza.

A TU ZAMKNIĘTE!

Za klamkę szarpie, drzwi bez mała z zawiasów wyrywam, klnę siarczyściej niż zwykle a tu nic.
Czuję, jak pierwsze krople prą mi z nerek na obrzeże majtek, słowo antyczne TRAGEDIA mam w każdym zwoju mózgowym, ostatkiem sił, dyrdam po tych francowatych schodach na górę i drę się:
-ZAMKNIETE!!!
A klucznik w kantorku, przeciągając się leniwie mówi :
– zaraz podam klucz.
I grzebie w szufladzie, buc jeden, nie czując, nie rozumiejąc, nie pojmując mojego DRAMATU!
Bo dramat to wielokrotnie zdublowany. Przerwą w grze, tym dyrdaniem już poczwórnym , góra- dół i tymi kroplami, bynajmniej nie porannej rosy, co gacie mi zraszają.

Zbiegam, robię co muszę, wybiegam i języka zasięgam. Znaczy się pytam pozostałych hazardzistów;
-co jest?
I okazuje się, że sracze pozamykali, gdyż jedna z naszych koleżanek- hazardzistek, namiętnie, gdy brakowało jej na grę, laski innym graczom, robiła.
– Ożesz, kurwa mać – myślę ja.
I krew mnie zalewać zaczyna i myślę:
-a cóż to taka nagła moralność się obudziła we właścicielu salonu gier niejakim Waldemarze Osie?
Więc wkurzona do niego dzwonie z komóry i pytanie mu zasadnicze zadaje;
-pojebało cię z tymi sraczami?
A on na to merkantylnie mi rzecze:
-nie pojebało, tylko tracił nie będę kasy. Bo jak ona im laski robi, to oni jej tą kasę dają a nie wrzucają do moich automatów.
Chcąc nie chcąc rację mu przyznaję.
I myślę swoje. Ale kretyn. Przecież, co to jest za problem dwa klucze naraz wziąć: męski i damski i swoje zrobić?
Żaden.
I postanawiam. Ja isia- hazardzistka nerwów i czasu tracić nie będę na proszenie się o klucz, drzwi otwieranie i zamykanie. No i na ta drogę w dół i górę, przy której droga na Golgotę małym pikusiem była.

I więcej moja noga w Cracovii nie stanęła. Przez sracz. Zamknięty sracz.

MOJE UWAGI:
Do głowy mi wtedy nie wpadało, że ja te nerwy i czas tracę na hazard. Co to, to nie!
Ale myślę sobie, że już wtedy zaczynało się we mnie kiełkowanie decyzji, że chcę przestać grać. I wymyślałam sobie różne powody, by powoli odcinać się od kolejnych miejsc, które mnie powolutku i systematycznie zabijały. Dzisiaj widzę to jasno: zabijały mnie. Choć wtedy wydawało mi się, że nie…

Imię i nazwisko właściciela salonu gier zmienione.

Iwona-Isia

 

 

Materiał chroniony prawem autorskim