„Kasyno Pod Różą”

Materiał chroniony prawem autorskim

Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info 2007-04-18,01:56

 

AD PERPETUAM REI MEMORIAM CZYLI NA WIECZNĄ RZECZY PAMIATKĘ

 

„Kasyno Pod Różą” na ulicy Floriańskiej – Kraków- nasi rządzą!

 

TAJEMNICA-SZA!

 

W najstarszym krakowskim hotelu „Pod Różą” na pewno spali Car Mikołaj I i Wielki Książę Konstanty. Siusiu robił też tutaj Franciszek Liszt. Być może rżnęli tu jakieś panienki.

Nie mieszkał tu, mimo tablicy pamiątkowej Honore de Balzak. Więc nie rżnął..

Wiele tajemnic kryje w sobie ten przezacny hotel.

Ale o jednej z nich chcę tu opowiedzieć.

A mianowicie:

 

Jak to było z muzyką w pierwszym polskim legalnym kasynie gry.

 

Ja pomijam to, że grywali tam w znaczeniu uprawiali hazard i to ostro, moi przezacni koledzy hazardziści i Ryża.

Pomijam to, ze nie było zaplecza gastronomicznego. Pomijam to, że był tylko „suchy bar” czyli kelnerki i barmanki non-stop popierdalały przez salę gier z brudnymi kieliszkami i szklankami, żeby umyć je w toalecie czyli nazywajmy rzecz po imieniu-w sraczu.

Pal to wszystko fu!

 

WIEŻA BABEL

 

Najważniejsze było to, że STAFF czyli generalicja KASYNA zjechała ze ŚWIATA. Najgłówniejsza z Anglii.

Były to czasy, kiedy jeszcze było coś takiego jak – słowniczki gracza.

A na stołach nie zawsze a prawie wcale nie było- tabliczki z informacjami o zasadach gry.

 

Zabawa polegała na tym, że nie było polskiego nazewnictwa.

Czyli.

Zagraniczny Staff nie znał polskiego.

A polska obsługa – angielskiego.

I ogólnie było lux.

Wieża Babel.

 

A ludziom, a był to rok 1989 chciało się grać. A co!

Powstawały szybkie fortuny, w ojczyźnie naszej szły zmiany, jedni mieli kasy jak lodu a inni nie. Grać się chciało wielu.

 

No i Staff zagraniczny znaczy się światowy, wymyślił sobie, że przeniesie do Polskiego Kasyna obyczaje światowe. A konkretnie muzykę. Światową. A konkretnie jazz.

Mało tego, wymyślono, że będzie to muzyka „life”.

I muzycy „life” znaczy się żywi, będą grali do kotleta, o przepraszam, znaczy się, do toczącego się koła ruletki – najlepsze standardy światowego jazzu. Dla mnie rewelacja, bo wiadomo, że ja jazz uwielbiam.

 

Ale większość graczy tzw „świeżo dorobionych” czyli na przykład takiego pana Zdzisia , który pierwszy milion dolców zrobił na podkoszulkach Made in China czy innych -jemu podobnych, no to ich ten jazz po prostu wkurwiał.

No bo tak: ani to skoczne, ani taneczne ani zaśpiewać za bardzo. Ani zanucić. No kurwa, nie wiadomo, co to za głupia muzyka. Disco polo było wtedy na topie!

 

A tu koło rulety nie zawsze po myśli(!) gracza się kręci, nerwy napięte, zjeść nie ma co.

No masakra. No i jeszcze do tego, to żępolenie smętne.

 

No i któregoś dnia, do jednego z najbardziej znanych polskich jazzmanów, podszedł wściekły gracz i powiedział mu tak oto:

 

-albo koleś grasz „Panno Walerciu” albo „Białego misia” albo wypierdlaj, bo mi kurwa, grę trądzisz, chuju!

 

Potem to puszczano już muzykę z taśmy.

 

Iwona-Isia

 

PS Pisząc to popłakałam się ze śmiechu, bo przypomniało mi się, jak Ryża wygrała wtedy pierwsze 1000 dolców, opiła się ze szczęścia i myśląc, że to grają na weselu, poszła przykleić 10 dolców na czole innemu, bardzo znanemu jazzmanowi, żeby jej zagrał „Żółty jesienny liść” czytaj „Żółty jesienny LYŚĆ” z akcentem na „Y”.

 

PPS Ja to poopowiadam wszyściutko, tylko wolno, bo ledwo zipię. I o tzw public relations czyli naganiaczach kasynowych też opowiem…wolniutko …mamy czas…

Uhaha ale się uśmiałam…

 

Słownik:

„bo mi kurwa, grę trądzisz, chuju!” – zapesza mi pan grę

 

WYJAŚNIENIE – DO TEKSTU POWYŻEJ

 

Dostałam zjebkę za to opowiadanko powyżej. Oczywiście natychmiast „zjebałam” tego, co mnie zjebał, po czym przyznaję mu rację. Co poniektórym, zakończenie może wydać się niezrozumiałe, więc poprawiam i  wyjaśniam.

 

Pisząc to wspomnienie, nocą głeboką, faktycznie zaśmiewałam się do łez.

Bawiła mnie ABSURDALNOŚĆ powyższej sytuacji. Bo tak faktycznie było.

Nuworysze, mafia, dorobkiewicze, różni inni przekręciarze autentycznie „rządzili” wtedy w kasynie „Pod Różą”.

Zachowywali się po chamsku. Wydawało im się, że pieniądze otwierały im już nawet nie furtki, a wręcz bramy, do najbardziej skandalicznych zachowań.

Bo to opisane przez mnie, kiedy pijany cham, ubliżał legendzie polskiego jazzu, trudno mi było opisać inaczej, jak tylko w formie suchej, jednozdaniowej relacji. No, bo tego skandalu inaczej się ująć nie da!

 

Ale, przypominam, były to też i czasy absurdalne!

Na etatach „naganiaczy” czyli pracowników tzw public relations czyli osób kreujących wizerunek firmy a w tym przypadku Kasyna, zatrudnieni byli docenci i profesorowie jednej z szacownych uczelni krakowskich. Pomijając wszystko inne, znali oni języki obce, i dzięki nim, Kasyno, funkcjonowało jako tako.

 

Nazywano ich „naganiaczami”. A temu to, że ich zadaniem, było ściąganie do Kasyna goszczących w Krakowie na różnych konferencjach naukowych – naukowców.

Miało to służyć podniesieniu prestiżu Kasyna i jego wiarygodności w oczach „ludu”.

Zresztą, numer stary jak świat.

Pensje „naganiaczy” były kilkukrotnie wyższe niż te, którymi byli wynagradzani za swoją pracę na uczelni. Dlatego też, trudno się dziwić, że ich posady należały do rzędu lukratywnych.

 

Jeżeli zaś chodzi o PS  czyli o Ryżą i o to, jak zamarzył jej się „Żółty jesienny liść” czyt. ”Żółty jesienny LYŚĆ”, no to wiadomo, że jej się tylko zamarzył, bo w ostatniej chwili zrobiło jej się żal tych 10 dolców.

Zaśpiewała sama a tą dychę szybko obstawiła na rulecie. Jak to hazardzistka!

 

Pasi?