PRZYJACIEL

Materiał chroniony prawem autorskim

Na tym Forum (od  1 maja 2006 do 10 marca 2008 ) drukowaliśmy swoje opowiadania.

Te osoby, które towarzyszą mi od samego początku informuję:

 

Tworzę teraz kilka stron internetowych – jakoś musze pogrupować te bez mała trzy tysiące tekstów. Na razie wymyślam klucz do tego wszystkiego. Trzeba to pogrupować – ale jak? Według emocji? Cierpienia? Etapów? Uśmiechów? WZLOTÓW I UPADKÓW? PYSKÓWEK? BALLAD I ROMANSÓW?

 

Wszyscy chcieliby już, żeby było. A ja nauczyłam się cierpliwości. Spoko….

 

Najbardziej to się dopomina Tam Taki Jeden – no to niech ma – coś tam. A co mi tam…

 

Bomba w górę, bomba w górę proszę państwa…

 

Dział Męski Wysłany: 2006-10-02, 19:50

Bomba w górę, bomba w górę proszę państwa…
Było to dawno, dawno temu w czasach, gdy miałem dwadzieścia parę lat. Tak, tak były takie czasy. Ja wtedy byłem początkującym pracownikiem. W pracy miałem kolegę Stefana. No może raczej luźno powiedziane kolegę. Stefan był człowiekiem rozrywkowym. Jego poniedziałkowe wejścia wyglądały mniej więcej tak.
Stefan bez dzień dobry. Uśmiech na twarzy od uch do ucha, zaczynał od drzwi.
– Słuchajcie, ale wczoraj dorwałem ku… W żaden sposób nie mogłem jej dogodzić. Wszystko wam opowiem.
Na to spokojny głos z pokoju.
– Cześć Stefan. Musisz się do tego jakoś przyzwyczaić. Teraz w miarę upływu twoich lat będzie ci się to zdarzało coraz częściej.
Pół dania grobowej ciszy. Potem westchniecie i pytanie.
– Janek, dlaczego mi to robisz? Dlaczego mi ty to zawsze robisz?..
Stefan był cholerykiem. Ale Stefana raczej wszyscy lubili. Obracał się on w dziwnym dla nas światku z pogranicza. Każdego możliwego pogranicza. Był bardzo wesoły. Grywał na Służewcu na koniach. W piątek w pracy przed fajrantem to zawsze była, co najmniej godzina typowania koni. Telefony do znajomych i czytanie programu wyścigów konnych w każdym możliwym kierunku. Stefan miał znajomego dżokeja. Telefony do niego należały do najbardziej poufnych rzeczy na świecie. Zawsze szeptem z zakrytą słuchawką. Ja nigdy nie byłem na wyścigach. Porozmawiałem ze Stefanem jednego razu, żeby mnie zabrał ze sobą. Umówiliśmy się na sobotę. Nawet nie wiedziałem jak tam dojechać, ale okazało się, że mam wygodny dojazd jednym tramwajem. Na do widzenia Stefan powiedział mi.
– Kup jeden bilet tramwajowy. A potem popatrzył na mnie i dodał albo dwa na zapas.
W sobotę była piękna pogoda. Z rana z programem wyścigów pojechałem na Służewiec. Stefana spotkałem w umówionym miejscu. Do gonitwy było trochę czasu, więc mnie oprowadził po tym ciekawym obiekcie. Poznałem parę nowych nazw. Dowiedziałem się, co to jest takiego padok. Potem Stefan poszedł do swoich znajomych. Mi powiedział, że lepiej abym poczekał na niego sam. On mnie chyba lubił. Po powrocie jego program był gęsto zapisany uwagami. Poszliśmy na padok obejrzeć konie. Fantastyczne stworzenia. Nie takie wałachy jak można zobaczyć na wsi. Potem do kas. Już teraz nie pamiętam jak obstawialiśmy. Pamiętam tylko zaskoczenie, gdy po raz pierwszy widziałem konia w galopie na żywo. Żaden film czy kino tego nie pokaże. Konie przyszły zgodnie z rozkładem Stefana tak jak miał wpisane 1, 2, 3. Za każda złotówkę płacili 2,5 złotego. Sporo w kwadrans mogłem zarobić stawiając pensję tyle, co prawie przez 3 miesiące pracy. Ale nie miałem pensji o to też zadbał Stefan powiedział mi ile mam mieć przy sobie pieniędzy. Tak było do 5 gonitwy. Wygrywaliśmy. Tu powinien być opis tego, co czułem, ale na tych stronach sobie daruję. Wszyscy dobrze wiedzą jak jest. Powiem tylko, że to było tak jak w ruletce, gdy kulka jest w grze, ale się kreci przez 15 minut, a poprzednia partia była wygrana. Przy 5 gonitwie mieliśmy już sporo kasy, ale gonitw było 12. Po 6 i 7 byliśmy już czyści. Emocje były takie, ze Stefan leżał na trawie i ciężko oddychał. Do 8 gonitwy pożyczył pieniądze od znajomego boka. Wiadomo żeby się odegrać.
Nie doczekałem do końca. Nie było sensu patrzeć jak inni grają. Stałem na przystanku czekałem na tramwaj i patrzyłem na czerwony bilet, który mi tylko pozostał. Wtedy podszedł do mnie facet. Mniej więcej w moim obecnym wieku. Wydawał mi się bardzo stary i krótko spytał.
– – Grałeś?
– – Tak. Wszystko przegrałem. Grałem po raz pierwszy w życiu.- Odpowiedziałem.
– – A ja pierwszy raz wygrałem. Było tego tyle, że kupiłem sobie Syrenkę. To było 26 lat temu. Od tamtego czasu jestem tu zawsze. Trzy razy w tygodniu. Nie opuściłem ani jednego dnia gonitw. Nie mam nic. – I poszedł
Stefana już nie ma. Kolorowe życie zakończył barwnie. Parę lat później znaleziono go z paroma dodatkowymi otworami po nożu. Kto z mafią handluje od mafii itd?
Było wiele sobót w moim życiu nie pamiętam ich, ale tamtą pamiętam jakby to było dziś. Konie w galopie, czerwony bilet i stary facet.
Ktoś jednak nade mną czuwa.

 Przyjaciel5

Wysłany: 2006-10-11, 21:20
„…Padok musi być zawsze tam gdzie są wyścigi konne. Przed każdym wyścigiem można tam obejrzeć konie. Ostatecznie obstawia się wizualnie. Konie tam naprawdę są piękne. Ale koń to nie głupie stworzenie. Reaguje na ludzi. Czasem się podnieci. Wtedy jest popłoch na widowni. Taki koń co się podnieci przed biegiem to potem do mety przychodzi ostatni. Stad popłoch ludzie lecą do kas, żeby zmienić zakłady.
A u nas facetów to bywa odwrotnie z tym podnieceniem. Podniecony zgarnia często główną wygraną.
I to właśnie może odróżnia nas od koni…”

Dla Ciebie wszystko.

Przyjaciel5

 

Wysłany: 2006-12-10, 12:34 

A co wtedy, gdy podniecenie mija? Bo na pewno, wówczas, gdy podniecenie mija, podniecony staje się mniej atrakcyjny. Stajnia?
Hm…Wygraną zgarnia ten, kto ma świadomość, że podniecenie u podnieconego i podniecanej może minąć…No chyba, że jest to podniecenie mózgu…A mózg może różnić faktycznie podnieconego mężczyznę od podnieconego konia. Choć nie zawsze…Zaręczam, że są podniecane, które potrafią to rozróżnić…
Isia – zadumana

 

Wysłany: 2006-10-12, 23:54   Kasynowe Anioły

 

Zapytałeś Przyjacielu czy na drodze hazardu spotkałam białe i czarne anioły?
Hm , to trudne pytanie…Jak w życiu…Pomyśle…
Te kasynowe anioły, moje Anioły, Dobry i Zły stały cały czas za moimi plecami. Gdy grałam. Najgorszy był ten czarny, gdy szeptał: „daj duszę za wielką wygraną. Daj… A cóż to dusza? Nawet nie poczujesz, kiedy ją wezmę…”. A we mnie strach. I modlitwa: ‚Aniele Boże stróżu mój…” a ten czarny znów swoje: „o mnie chodzi? mnie wołasz, dam Ci wielką wygraną, za tak niewiele, za duszę…”Czasem wydawało mi się, że czuję zapach siarki…Ale to tylko dym z papierosów był…Tylko dym?
Isia

 

„Najlepszą sprawą, jeśli chodzi o przyszłość jest to, że przychodzi jeden dzień za jednym razem” Abraham Lincoln