„w tzw międzyczasie”

Materiał chroniony prawem autorskim
Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info 2006-10-19, 06:08

Forum: Porozmawiajmy…

A to poniżej, to takie moje wspomnienia
„w tzw międzyczasie”

-A co kurwa, w chałpie będę siedziała i najlepsze lata marnowała?
-O której wróciłaś? Znowu się szlajałaś całą noc. Wraca franca rano, śpi do pierwszej i jeszcze się drze!
-A co? Niewyspana mam do tego jeszcze chodzić? Dawaj piątkę na papierosy.
-nie dam! Nie dam! Obiad dziecku trzeba zrobić, książki kupić do szkoły. Nic cię nie obchodzi!
-jebana męska rasa! Dawaj piątkę! Żebym ja na papierosy nie miała! Skandal!
-A niech ci te twoje alfonsy dają. Całą noc się szmaciłaś a ja mam dawać na papierosy?

Takie oto dialogi wysłuchiwałam przez lata. Ryża i jej mąż. Kochałam ich obydwoje. Byli częścią mojego życia a rozmowy te miały zwykle miejsce po 12-tej w południe, kiedy czasem wpadałam po Ryżą w drodze do kasyna. Scenariusz zawsze był taki sam. Ryża w szlafroku, malująca paznokcie, robiąca tapir, i drąca się na swojego męża. Zwykle na katzu, wkurzona po kolejnej przegranej, robiąca biznes plan, czyli: Co? Za ile? I do którego lombardu zanieść?
Kończyło się zawsze tak samo: Stary dawał piątkę i wychodziłyśmy. Potem lombardy .No i kasyno. A tam ulga. Oaza. Niebo. Port. Szczęście. Nadzieja. Świat realny gdzieś daleko. A przed nami parę godzin ułudy. Spokoju.
Znajome hazardzistki i hazardziści. Znienawidzeni lub ulubieni krupierzy – jeśli kasyno. Klucznicy – jeśli salon gier.
Kończyło się różnie. Ryża czasem „zrywała” jakiegoś frajera i wtedy marny był jego los. Do jego ostatniej złotówki czarowała go, a jak mu się kasa kończyła, taktycznie obrażała się. Jak nie było żadnego jelenia, wychodziłyśmy zwykle zgrane, razem i szłyśmy z moim psem do parku, gdzie łaziłyśmy, same jak zbite psy. Czasem ryczałyśmy, zawsze narzekałyśmy na zasrany nasz los. I ja przysięgałam na wszystko, że już nigdy w życiu nie pójdę. Ryża – nie, bo zawsze twierdziła- „Grać trza!”.
No a następnego dnia było znowu po 12-tej…

Isia