Błonia

Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info 2006-05-25, 11:03

 

„…Bo w czasie przygotowań do ostatniej pielgrzymki „naszego” Papieża był taki mroczny i późny wieczór, kiedy łaziłam po Błoniach z moim psem. Już nie było nikogo. Przeprowadzano próbę głośników. I płynął z nich głos Papieża. Usiadłam i wsłuchałam się w to, co mówił. O miłości i wybaczeniu. Zrozumieniu cierpienia drugiego człowieka. O pochyleniu się nad czyimś losem.
I płakałam. To były takie dobre łzy. Oczyszczające i przynoszące ulgę.
Bo ON mówił do mnie. Samej na tych Błoniach. I mówił mi, że nie jestem zła. A tak myślałam o sobie całe życie. Że czegoś mi brakuje, ze coś mi umyka. Przez hazard.
I pierwszy raz w życiu, czułam, tak naprawdę czułam, że ktoś mnie kocha. Bez względu na wszystko.
I modliłam się ; „Boże pomóż mi, tak mi ciężko. Tak bardzo nie chcę grać. Czemu to się dzieje? Czemu nagle, w pół słowa, wychodzę z przyjęcia u znajomych i gnam do kasyna? Czemu….
I myślę, że moja Siła Wyższa tym razem jakoś wyraźniej usłyszała tą moja modlitwę. Bo co do tego, że słyszała cały czas, nie mam wątpliwości. Ale może tym razem baczniej
nadstawiła ucha. Może to były Błonia? A może głos Papieża? Nie wiem…
Wiem jedno, że wiele rzeczy w dziwny sposób toczyło się w moim życiu…

Isia

Materiał chroniony prawem autorskim 

Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info 2007-04-30, 13:57

 

W PIERWSZA ROCZNICĘ ISTNIENIA TEGO FORUM

 

MÓJ NIEZWYKŁY KOSCIÓŁ BOŻEGO CIAŁA

Tak czasem bywa, mój Przyjacielu

Czasem bywa, że gdy drogi rozchodzą się, że gdy burze, niezgody i łzy, dobry Bóg, który czuwa, wie…
Wie i prowadzi…
Nie pamiętam mojej pierwszej modlitwy w Kościele Bożego Ciała na krakowskim Kazimierzu.
To było dawno, dawno temu…
Wiem jedno: przez te wszystkie lata, gdy grałam Bóg towarzyszył mi…Bez niego już dawno nie byłoby mnie…Ja to po prostu wiem…
I to On zaprowadził mnie na w sobotę na Błonia. Towarzyszyłam zachodowi słońca a zachód – mnie. Na niebie była zaczepiona wielka rozżażona kula.
I pomyślałam sobie- a może piekło jest tam? A nie wcale tutaj – na ziemi? Albo w jej środku. No, bo przecież gdzieś jest… Jeśli musi już gdzieś być…
Promienie zachodzącego słońca wypoczywały na mojej twarzy
I nagle taka myśl o piekle we mnie. Piekle zniewolenia. Piekle w którym byłam przez 15 lat.
Piekle zniewolonej woli, ciała, umysłu… Bólu, którego nie sposób opisać ani wypowiedzieć…
Piekle niezgody na to, co się ze mną działo…
Piekle niezgody na moje życie…
I wiesz co dobry Boże, tak myślę, że po coś dałeś mi ta drogę przez to piekło…A ja Ci tylko mogę bezgranicznie ufać…

Boże prowadź wszystkich uzależnionych…
I błagam, niech to moje cierpienie nie pójdzie na marne. Bo po coś mi je dałeś…
A jeśli po to, bym mogła Ci je dzisiaj ofiarować za Andrzeja i Prebena , to – warto było…

Isia

 

 

Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info 2006-08-14, 03:23

 

Forum: Wsparcie, dobre słowo…jestem z Tobą! Wysłany: 2006-08-14, 03:23 Temat: Po coś…

Mój kochany Przyjacielu – Andrzeju
Dzisiaj niedziela. Jak zwykle. Ale TA niedziela – niezwykła.
Nie byłam dzisiaj na moich ukochanych jarmarkach.
Ale za to, otworzyłam mój notes „Z księdzem Twardowskim 2006” i pod dzisiejszą datą 13 sierpień 2006 znalazłam takie słowa:
„…<Nikt nie może przyjść do mnie, jeżeli nie pociągnie go Ojciec…>
Stale przychodzą do nas ludzie, czasem szukają naszej przyjaźni, często o coś pytają, czegoś od nas potrzebują. Czasem sami nie wiedzą, dlaczego znaleźli się przy nas.
Pomyślmy – ich wszystkich przyprowadza do nas Bóg.
Jesteśmy odpowiedzialni za nich przed Bogiem. Mamy Go ludziom odsłaniać.
Ile to razy przyprowadza ich Bóg, żeby nas samych nawrócić…”
I wiesz co, Mój Przyjacielu. Zamiast jarmarkami , ”podzieliłam” się dzisiaj moim ukochanym kościołem Bożego Ciała z moim Kolegą – Hazardzistą. Człowiekiem, który przejechał cała Polskę, żeby mnie osobiście poznać.
I siedzieliśmy dzisiaj razem w tym kościele. Kościele potężnym. Zamieszkałym przez potężnego Boga.
Siedzieliśmy po cichutku. Na szarym końcu. Dwoje hazardzistów. I kościół pełen był ludzi.
Pewnie mniej grzesznych niż my.
Pewnie lepszych niż my.
Ale jeśli prawda jest, że Bóg zsyła cierpienie na tych, których umiłował najbardziej, to ja Isia wiem, że nasze odwiedziny ucieszyły Boga szczególnie.
I o tym, chciałabym Ci mój Przyjacielu w tą niedzielną noc opowiedzieć.
Isia

 

Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info 2006-05-25, 11:03

 

Papież i krakowskie Błonia

 

„ Mój Papież” i Krakowskie Błonia-proszę o przeczytanie do końca-dziekuję…

Krakowskie Błonia to jedno z tych magicznych miejsc, które bardzo lubię.
Tak się składa, że mieszkam tuż obok i codziennie jestem tam na spacerze z moim psem.
I nie tylko ja. Bo codziennie przychodzą i przyjeżdżają tu setki krakowian. Z psami.
I wyobraźcie sobie, że te psy biegają sobie luzem, bawią się ze sobą i rzecz najdziwniejsza- nie gryzą się. A my wszyscy – właściciele – stoimy, łazimy, gadamy ze sobą lub nie. Jak komu pasuje. I nie ma znaczenia, czy zima czy lato.
Na Błoniach obowiązuje taki nasz „psi” język .Jak to w każdej subkulturze.
Otóż , bez mała wszyscy mówią do psów tak:
„chodź do mamusi, do tatusia…”, „Pimpuś do cioci…””Sabcia, co ja powiedziałam? Proszę do babuni…”.
Początkowi myślałam, że śnię a wszyscy dookoła pomyleni.
I chwilę mi zajęło, by zrozumieć i samej poczuć o chodzi. Bo Błonia- to miłość.
Człowieka do psa. Psa do człowieka. Czasem jedyna, którą się ma.
I nie mamy swoich imion na Błoniach. Jesteśmy: Pan Sabcia, Pani Puszek. Pani Zulusowi i Pani Klusiowa.
I gdy czasem ktoś długo się nie pojawia, to pytamy się wzajemnie z troską :
– co się dzieje z Basterkami?
I wiadomo, że chodzi o właścicieli labradora o tym imieniu.
A dlaczego to wszystko piszę?
Bo w czasie przygotowań do ostatniej pielgrzymki „naszego” Papieża był taki mroczny i późny wieczór, kiedy łaziłam po Błoniach z moim psem. Już nie było nikogo. Przeprowadzano próbę głośników. I płynął z nich głos Papieża. Usiadłam i wsłuchałam się w to, co mówił. O miłości i wybaczeniu. Zrozumieniu cierpienia drugiego człowieka. O pochyleniu się nad czyimś losem.
I płakałam. To były takie dobre łzy. Oczyszczające i przynoszące ulgę.
Bo ON mówił do mnie. Samej na tych Błoniach. I mówił mi, że nie jestem zła. A tak myślałam o sobie całe życie. Że czegoś mi brakuje, ze coś mi umyka. Przez hazard.
I pierwszy raz w życiu, czułam, tak naprawdę czułam, że ktoś mnie kocha. Bez względu na wszystko.
I modliłam się ; „Boże pomóż mi, tak mi ciężko. Tak bardzo nie chcę grać. Czemu to się dzieje? Czemu nagle, w pół słowa, wychodzę z przyjęcia u znajomych i gnam do kasyna? Czemu….
I myślę, że moja Siła Wyższa tym razem jakoś wyraźniej usłyszała tą moja modlitwę. Bo co do tego, że słyszała cały czas, nie mam wątpliwości. Ale może tym razem baczniej nadstawiła ucha. Może to były Błonia? A może głos Papieża? Nie wiem…
Wiem jedno, że wiele rzeczy w dziwny sposób toczyło się w moim życiu…
Od dawna czytam rozmowy Heleny Zaworskiej „Z księdzem Twardowskim”.
I tam stoi napisane:
Ks.J.T. : „dla mnie wiara nie jest problemem intelektualnym, który można rozwiązać. Wiara jest zaufaniem, że jestem w rekach Kogoś mądrzejszego, lepszego…ale tym bardziej potrzebna jest ufność, że istnieje Ktoś ponad tym cierpieniem…”
„Tak, wielu rzeczy nie możemy w tej miłości zrozumieć. Na przykład cierpienia, które ma niezbadany sens. I okazuje się, że było potrzebne dla naszego dobra. W życiu człowiek dość często rozpacza i buntuje się przeciwko temu, co go spotkało, a potem ze zdumieniem widzi, że to dobrze, iż tak się wydarzyło, że w te stronę obrócił się jego los…”.
I ja –Isia- caly czas nie znajduje odpowiedzi na wiele moich pytań. Dlaczego tak a nie inaczej.
Ale jak mało kto ufam mojej Sile Wyższej. Bo jak na razie cały czas, jeszcze nie wiem, dlaczego siedzę teraz przed komputerem i pisze to wszystko, zamiast pisać coś, za co ktoś by mi zapłacił. A jeszcze bardziej jest dla mnie zdumiewające, że ktoś to wszystko czyta.
Zobaczymy wszyscy…
Ląduje samolot. I Papież. Wszystkim nam-skupienia…I refleksji…

Isia-Iwona

 

Data oryginalnej publikacji na forum www.hazardzisci.info  2006-10-06, 08:26

 

Różne drogi – do tych , co na mitingi chodzą ,na terapie a grają dalej
W 1994 roku po raz pierwszy poszłam na miting GA AH. Za granicą. I co – grałam sobie dalej. Rok później kurs Silvy zrobiłam- umysł sobie zaczęłam samodoskonalić – grałam dalej. No to kolejne kursy –i grałam w najlepsze. Modliłam się, do kościoła chodziłam – i grałam, jakby nigdy nic. Kursy różne robiłam- i grałam dalej. Samozaprzeczałam, wypierałam się, kłamałam sama siebie i dalej grałam. Lubiłam się i nienawidziłam. Na spowiedziach obiecywałam poprawę i rozgrzeszona przed sama sobą- grałam. Do Gestalt poszłam-nauczyłam się, jak się rozstawać – grałam dalej. Podróżowałam – wszędzie kasyn szukałam. Edukowałam się, książki czytałam, socjalizowałam się, alienowałam.
Oszukiwałam sama siebie, kombinowałam, śmiałam się, wyłam. Nie obejmowałam tego, co się ze mną dzieje w żaden sposób. A niby taka mądra. I taka głupia zarazem. Zdawałam sobie sprawę i nie – zarazem.
NIE GRAM ! na dzień dzisiejszy nie gram. Jestem chora- na hazard. Już sama świadomość, że ja jestem chora na coś – wkurza mnie na potęgę, Nie chcę być chora, ale jestem. Choroba śpi. Niech śpi. Zrobię wszystko, by spała snem wiecznym. A na początek pogodzę się z tym…
Siła Wyższa – czuwaj, bardzo Cię proszę, po prostu czuwaj nade mną…