Kierkegaard (1756-1838)

 Opublikowano: 25 Lis 2008 o 05:31

Materiał chroniony prawem autorskim

 

Jest taka piękna Refleksja z księgi „Dzień Za Jednym Razem” na Maj 3 zaczynająca się od słów:

„Stanąć na jednej nodze i udowodnić istnienie Boga jest całkiem odmienną sprawą” napisał Soren Kierkegaard, „od uklęknięcia kogoś na kolanach i podziękowania Mu”.

                                                                                              

„…Kierkegaard był ewangelikiem również walczącym o prawdę Ewangelii, jednakże poza wszelką formą instytucji […]

W swoim życiu Søren Kierkegaard nie przeżył kryzysu wiary na zasadzie zwątpienia w istnienie Boga. Jego dramatyczne pytanie przybrało inną postać. Czy Bóg naprawdę jest Bogiem miłości? Skoro w życiu przechodzi się przez tak liczne cierpienia. Skoro tak długo i cierpliwie z trudem budowane szczęście ludzkie potrafi rozsypać się w jednym momencie jak domek ułożony z kart. Skoro ból zamyka nieraz usta, bo nie ma takich słów, które mogłyby go adekwatnie wyrazić. Skoro towarzyszą człowiekowi samotność i rozpacz. Czy Bóg naprawdę jest Bogiem miłości? Dla Kierkegaarda od znalezienia odpowiedzi na to pytanie zależało jego życie, cała powaga istnienia. „Wiara właśnie tam się zaczyna, gdzie myślenie się kończy”[11] – napisał w Bojaźni i drżeniu. Rozum niewiele ma tu do powiedzenia. Wiara jest skokiem, zaufaniem, zawierzeniem, miłością. Wiara jest aktem wolnego wyboru, w którym człowiek albo swoje własne istnienie zawierza w sposób absolutny Bogu, albo Bóg nie ma dla człowieka żadnego znaczenia – deklaracje są nieistotne…”

Źródło internetowe: 

http://www.stefan-szary.pl.tl/Zagadnienie-istnienia-w-filozofii-Sorena-Kierkegaarda.htm?PHPSESSID=b3dbfcd572ab890b37dd48c152b6b280

 

 „…Kierkegaard wyraża inny pogląd: głosi potrzebę prawdziwego odkrycia wartości, o których być może „pełno wkoło gadaniny”, lecz z których niewielu zdaje sobie tak naprawdę sprawę. Reformatorski apel Kierkegaarda wzywa człowieka, w szczególny zaś sposób chrześcijanina, do wiary dojrzałej, to znaczy takiej, w której życie staje się autentycznym ofiarowaniem Bogu, a modlitwa nawet milczeniem – modlitewnym milczeniem po to, by Boga móc naprawdę usłyszeć…”

 Źródło internetowe: 

http://www.stefan-szary.pl.tl/Nieurojony-swiat-Sorena-Kierkegaarda.htm?PHPSESSID=b3dbfcd572ab890b37dd48c152b6b280

 

Wiedza – wiara – Bóg

Soren Kierkegaard rozwiązał problem wiedzy podniesiony przez Platona i Sokratesa (którzy twierdzili, że człowiek nie uczy się niczego nowego, jedynie sobie przypomina, to co tkwi gdzieś głęboko w jego wnętrzu), tłumacząc owy fenomen uczenia się cudownym oświeceniem, którego sprawcą jest Bóg, transformacją decydującą odtąd o jego egzystencji, a jednocześnie przeobrażającą ową wiedzę w wiedzę absolutnie pewną, czyli wieczną. Taka wiedza nie jest możliwa ludzkim tylko wysiłkiem. Dla Kierkegaarda wiedza wieczna to pewność wiary. Ale aby doszło w ogóle do momentu oświecenia, rozstrzygającym z perspektywy jednostki, musi ona pragnąć tego przeobrażenia, godząc się na to wszystko, co może się w związku z tym wydarzyć. Jest tu więc także moment zawierzenia, czy bezgranicznego zaufania. Kierkegaard przedstawia interpretację swej teorii w postaci historii w której potężny władca (Bóg) pragnie poślubić skromną służącą. Ale chciałby, aby ona pokochała go dla niego samego, nie zaś dla bogactwa i władzy. Nie może więc on pokazać jej kim jest naprawdę i czym dysponuje, nie chce też jej zdobyć podstępem czy siłą. Tu tkwi paradoks – pokazuje Kierkegaard – relacji człowieka z Bogiem, niezrozumienia powołania, ludzkich wyborów i postępowania Boga wobec człowieka. Człowiek nie może dostrzec korzyści z możliwej przemiany w jego życiu przez Boga, musi też tej przemiany pragnąć, aby ów moment cokolwiek znaczył w jego życiu.

Kierkegaard rozwodząc się nad ludzką beznadzieją życia chce ukazać, że człowiek nie może wiedzieć niczego dzięki sobie. Ale kiedy rozpozna on swoje tragiczne położenie, i następnie ślepo, zupełnie irracjonalnie zacznie szukać drogi wyjścia ze swego przykrego położenia znajdując oparcie w wierze, to może zaistnieć pomiędzy nim a Bogiem pewna forma kontaktu.

Pragnienie i absurd

Dzięki posiadaniu potrzeby jesteśmy w stanie posiąść rozeznanie, na co powinniśmy się decydować, a co odrzucić w naszych wyborach moralnych, kierując się wiarą. Sprawcą oświecenia jest Bóg, jak już wspominaliśmy. Wiara nasza, w tym momencie to skok w absurd, to ślepe zawierzenie, że jest Bóg, sprawca działający w czasie, który nas oświeci w wybranym przez siebie momencie. Ludzki udział w całym tym przedsięwzięciu, to wyłącznie podjęcie odpowiedniej decyzji. Jest to związane z pewnym ryzykiem, że może wiara w Boga jest ułudą, ale jest to też szansa, w przypadku, gdy okaże się, że wiara jest prawdziwa, że nasze życie nabierze sensu, że zdobędziemy taką pewność, o którą wszystkim nam chodzi.

Źródło internetowe: 

http://radzilow.scholaris.pl/gimnazjum/filozofia/gs/filozofowie/soren.htm

 

Kierkegaard rozwodząc się nad ludzką beznadzieją życia chce ukazać, że człowiek nie może wiedzieć niczego dzięki sobie. Ale kiedy rozpozna on swoje tragiczne położenie, i następnie ślepo, zupełnie irracjonalnie zacznie szukać drogi wyjścia ze swego przykrego położenia znajdując oparcie w wierze, to może zaistnieć pomiędzy nim a Bogiem pewna forma kontaktu.

Krok 11. Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do lepszego, świadomego kontaktu z Bogiem, jakkolwiek go pojmujemy, modląc się jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz siłę do jej spełnienia.

„….Tej nocy zwątpiłam w Boga, bo uznałam własną bezsilność. Moja siła (!) trwania tkwiła w przekonaniu, że uda mi się wreszcie zmusić albo nakłonić Boga , aby mi pomógł. Siedziałam całą noc jak skamieniała i patrzyłam na ten hak i myślałam – Ciebie nie ma, NIE ma. Czy może być większa samotność niż samotność człowieka, który pozbawia się wiary?…” http://hazardzisci.info/?page_id=449

„Pan Bóg nigdy nie opuszcza swojego stworzenia. To raczej człowiek porzuca swojego Stwórcę”.

Źródło internetowe: 

http://www.cytaty.servis.pl/haslo/S%C3%B8ren_Kierkegaard

 

Iwona-Isia

Tym wszystkim, którzy będą przeprowadzali innych przez Krok 11 i Refleksje…

25 lipca 2016

Jeden Ksiądz i Święta Bożego Narodzenia 2009

Tego dnia  wyszłam z domu po 7 rano.

Nie wiem, dlaczego nie wsiadłam w samochód.

Pokuśtykałam na przestanek tramwajowy i wsiadłam w pierwszy tramwaj, który podjechał. Jadę, łzy mi płyną po policzkach, ból rozwala mi duszę na strzępy. Jadę i błagam Mojego Boga, żeby „coś” wymyślił. Żeby, ktoś mnie wysłuchał, porozmawiał ze mną a przede wszystkim, żeby powiedział mi coś mądrego i pocieszającego.

Jadę, za okno patrzę i Filharmonię krakowską widzę..

Czuję, że Ktoś mi rękę na ramieniu kładzie i wypycha mnie z tego tramwaju.

Nie wiem czemu – wysiadam. Nie wiem czemu, pod Kurię przez śnieg idę.

Przed kościołem Franciszkanów, jak co roku, przygotowania do Pasterki – budują jakieś stajenki, kurniki czy co tam, słowem krzątają się jacyś „czarni”. Stoję, nogami przytupuję, bo zimno, jak cholera, łzy mi dalej kapią, nie wiem, co ja tam w sumie robię.

I nagle widzę, jak od Kurii na plac przed Franciszkanami, idzie jakiś dwóch księży.

Czuję, jak Ktoś mi rękę na ramieniu kładzie i popycha mnie w ich stronę.

Podchodzę i mówię do Tego Starszego:

-proszę księdza, tak mi ciężko na duszy, tyle nieszczęść mnie ostatnio spotyka, ja tak księdza proszę, niech ksiądz ze mną chwilkę porozmawia.

Ten Młodszy, jakby się obruszył a Ten Starszy mówi:

-proszę tutaj na mnie poczekać, ja tylko parę słów powiem dla telewizji a jak skończę to zapraszam panią do Kurii.

Więc stoję, przyglądam się i nagle do mnie dociera, że Ten Starszy to Kardynał Dziwisz. Myślę: „Mój Boże, przegiąłeś, no normalnie formalnie, przegiąłeś, gdzie taki Wielki Ksiądz będzie sobie mną głowę zawracał”.

A Kardynał Dziwisz powiedziawszy do kamery słów kilka z okazji Świąt Bożego Narodzenia, do mnie podchodzi i mówi „zapraszam”.

Po raz pierwszy w życiu progi Kurii przekraczam. Pod ścianami, między bramą a podworcem stoją jacyś biedacy, Kardynał mówi do zakonnicy, która się do nas przyłączyła: „temu proszę dać buty, temu płaszcz…”.

Wchodzimy na pierwsze piętro, Kardynał drzwi przede mną otwiera, do środka zaprasza.

Siadamy pod oknem, przy takim okrągłym stoliku, a tu nagle  ktoś wchodzi i mówi:

– już się schodzą.

A Kardynał Dziwisz: „proszę przeprosić i niech poczekają, tutaj jest ważniejsza sprawa…”

i po cichu dodał, jakby do siebie – „cierpiący człowiek”

Nie wiem od czego zaczęłam, Czy od ojca, który umierał przez siedem lat czyli całe moje dzieciństwo. Czy od Mamy, która zachorowała kilka miesięcy przed tą rozmowa, czy od śmierci bliskich mi osób, które, jedna po drugiej odchodziły przez miniony rok, czy od śmierci – kilka dni wcześniej- mojego ukochanego psa i od skargi, że w Krakowie nie ma Cmentarza dla zwierząt. Czy od własnej choroby i bólu, który usprawiedliwia każdą eutanazję…

Nie wiem, od czego zaczęłam…Ale wiem, że mówiłam ponad godzinę i wiem, że kilka razy, ktoś przerywał, przypominając, ze wszyscy już są i czekają…

A Kardynał Dziwisz mówił: proszę nie przeszkadzać, poczekają.

Co do mnie mówił – pozostanie tajemnicą.

Na koniec wstał i gdzieś poszedł. Przyniósł dwa Różańce. Papieskie. W zielonych etui. Dla mnie i dla mojej chorej Mamy.

Pożegnaliśmy się.

Kardynał poszedł do Tych, Którzy Czekali. Czyli do Prezydenta Krakowa i do „Wszystkich Ważnych” w mieście. Tego roku spóźnił się na tradycyjny Opłatek w Kurii.

Bo pochylił się nade mną…

Po wyjściu z Kurii, poszłam do kościoła Franciszkanów, siedziałam i myślałam o słowach z dzieciństwa z książki Amicisa: „miej serce i patrz w serce”.

I o tym, że tego ranka, ktoś o Wielkim Sercu zechciał wejrzeć w moje serce…

Jego Eminencji Stanisławowi Dziwiszowi do którego w chwili rozpaczy mówiłam „i wie ksiądz co …” to wspomnienie poświęcam, mówiąc w głębokim pokłonie:

Najserdeczniejsze Bóg zapłać Wielkiemu Człowiekowi i Kapłanowi…

Iwona G.

Na początku 2010 roku, w rozdziale „A Tribute from Poland” do książki Marylin Lancelot „Switching Addictions” opisałam tak, to co mnie spotykało:

„…Dzisiaj jest początek roku 2010 i wiele spraw zmieniło się w moim życiu. W 2009 roku, moja mama bardzo zachorowała, mój chłopak zmarł i odszedł mój ukochany pies. To był bardzo smutny rok. Ale ani razu nawet nie pomyślałam o graniu. Zamiast tego, w tych ciężkich chwilach, myślałam o niesamowitych ludziach, których spotkałam w czasie mojego zdrowienia ( z kompulsywnego hazardu – przyp.moje). I to jest mój hołd dla nich wszystkich. Dziękuję Wam wszystkim za ocalenie mojego życia…”

Powtarzając sobie slogan „najlepsze dopiero przede mną” nie spodziewałam się wtedy – na początku 2010 roku, że w kwietniu 2010 roku wyląduję na wózku inwalidzkim.

I gdyby nie ten Ktoś, który klepał mnie po ramieniu i szeptał „dasz radę”, gdyby nie dalsze dziesiątki niesamowitych zbiegów okoliczności, byłabym na tym wózku do dzisiaj a raczej, już by mnie nie było…

Na pytanie „jaki jest sens mojego pobytu na tej Ziemi”, cały czas nie znalazłam odpowiedzi…

No, ale „najlepsze dopiero przede mną”.

Iwona – Isia